Dom
Otwieramy taras: pierwsze ciepłe popołudnia w pałacyku
Sezon
Co robimy, zanim taras zacznie żyć
Tydzień przed otwarciem wynosimy z magazynu stoliki i krzesła. Beata ściera z nich kurz zimy, a ja sprawdzam, czy żaden nie chwieje się na nierównych płytach. Ewa Maciejewska w tym czasie układa nową kartę: lżejszą, z zupami na młodych warzywach i pierogami z sezonowymi owocami. Karol Pająk wiesza nad tarasem trzy lampy, żeby wieczorem było widać talerze.
W dniu otwarcia pogoda zazwyczaj robi nam psikusa. Albo pada, albo wieje, albo jedno i drugie. Mimo to pierwsi goście siadają na tarasie, owinięci w koce, które trzymamy w szafie przy schodach, i zamawiają herbatę z sokiem malinowym. Widać po nich, że wolą zmarznąć niż przegapić pierwszy wieczór sezonu.
Pierwszego dnia otwarcia taras był zajęty do ostatniego krzesła, mimo że po południu przeszedł przelotny deszcz.

Czym różni się sezon od reszty roku
Dłuższe popołudnia
Latem kuchnia otwiera się o tej samej godzinie, ale goście zjawiają się później, bo zabiegi kończą się wcześniej niż kolacje wydłużają. Rytm dnia zmienia się delikatnie: pierwsze zupy wychodzą o szesnastej, ale prawdziwy ruch zaczyna się dopiero około osiemnastej, kiedy słońce zachodzi za parkiem.
Czego nie zmieniamy
Zasady zostają, jakie były: osiemnaście lat, dokument w progu, krążki bez ceny, żadnej gry w sieci. Sezon nie jest powodem do luzowania; gdy gości przybywa, pilnujemy tego jeszcze uważniej, żeby każdy został potraktowany jednakowo.
Taras zamykamy, gdy zrobi się chłodno albo zacznie padać. Kto chce, może wtedy przenieść się do jadalni, a Beata przeniesie za nim kubek herbaty.
Wieczorem, gdy słońce zachodzi za parkiem, na tarasie zapalamy lampki i przynosimy koce. Goście siedzą długo, z herbatą w dłoniach, i rozmawiają o niczym ważnym. Ja stoję w drzwiach i myślę, że właśnie po to otworzyliśmy ten dom.